Sprostowanie Ambasady Chin w Polsce
Czytając artykuł pod tytułem „Pukaliśmy, ale nam nie otworzyli” opublikowany w Waszej gazecie z dnia 1-2 czerwca, zauważyłem z zaskoczeniem, że Pani redaktor popełniła przynajmniej jeden błąd wyjaśniając, co do sprawy wcielenia „żywych buddów”, że „zgodnie z tybetańską tradycją Panczenlama po śmierci Dalajlamy rozpoznaje jego wcielenie”, co jest całkowicie sprzeczne z prawdą.
Dalajlama i Panczen Erdeni są dwiema najważniejszymi odmianami „żywych buddów” należącymi do grupy Gelug w buddyzmie tybetańskim Chin. Procedura uznawania kolejnego wcielenia zarówno Dalajlamy, jak i Panczen, rozpoczyna się po ich śmierci, i jest oparta na wyraźnie ustalonym systemie z historii. Stąd możemy stwierdzić, że Pani redaktor brakuje podstawowej wiedzy o systemie uznawania kolejnych wcieleń „żywych buddów” w buddyzmie tybetańskim Chin. Obawiam się, że nieprawdziwy reportaż Waszej gazety wywołuje wśród polskich czytelników nieporozumienie w sprawie wcieleń „żywych buddów”, a zwłaszcza w tzw. sprawie „Małego Panczenlamy”.
W związku z tym bardzo chętnie przedstawiam informację o systemie uznawania kolejnych wcieleń „żywych buddów” w buddyzmie tybetańskim Chin. Mam nadzieję, że będzie ona pomagała Waszej gazecie i polskim czytelnikom w rzeczywistym zapoznawaniu się z tą tematyką.
Wcielenie „żywych buddów” jest specyficznym sposobem przekazywania i przejmowania urzędu w buddyzmie tybetańskim, rozpoczęło się na początku XII wieku. W wieku XIII za czasów dynastii Yuan wprowadzono do życia system uznawania wcielenia żywych buddów przez Cesarzy, co za czasów dynastii Ming i Qing Rząd Centralny stopniowo trzymał w swym ręku i wpisywał do kodeksu prawnego Państwa.
Aby pokazać swój prestiż, zachować jedność państwową, zapobiec fałszerstwom w procedurze uznawania wcielenia żywych buddów, Rząd Centralny za dynastii Qing ustanowił porównywalnie integralny system z losowaniem ze złotej wazy jako jego główną częścią, co było utrzymywane przez kolejne wszystkie Rządy Centralne, cieszyło się poparciem ze świata buddyzmu tybetańskiego, i stało się ustalonym systemem z historii, czego się nie dawało bądź nie daje zmieniać i przekraczać w wyznaczaniu inkarnacji Dalajlamy i Panczen. W roku 1653 i 1713, za czasów dynastii Qing cesarze kolejno potwierdzili V wcielenie Dalajlamy i V wcielenie Panczen Erdeni, oficjalnie nadawali im godność i ustalili ich polityczną i religijną pozycję w Tybecie. Od tego czasu intronizacja i przejęcie urzędu przez kolejne wszystkie wcielenia Dalajlamy i Panczen odbywają się zgodnie z tym ustalonym systemem, co ma już ponad 400 lat historii.
Procedura uznawania kolejnych wcieleń żywych buddów jak Dalajlamy i Panczen musi być ściśle oparta na czterech zasadach. Są to: ustalony system z historii; obrzędowe przepisy religijne; metoda losowania ze złotej wazy; zatwierdzenie przez Rząd Centralny.
W roku 1995 zgodnie z życzeniami X wcielenia Panczen oraz prośbą przedstawicieli o rodowodzie tybetańskim, żywych buddów i mnichów buddyjskich w Tybecie, za zgodą Rady Państwowej dokonano ceremonii nominacji i intronizacji XI wcielenia Panczen Erdeni. Jest to od czasu ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej pierwsze wcielenie „żywego buddy” potwierdzone po losowaniu ze złotej wazy w oparciu o ustalony system z historii i obrzędowe przepisy religijne.
Powszechnie uważa się, że jest on mądry i bystry, uczy się pilnie, zachowuje się kulturalnie i inteligentnie. Za każdym razem, gdy uczestniczy w ceremoniach buddyjskich, zostaje gorąco, wręcz czołobitnie, witany przez mnichów i wyznawców. XI wcielenie Panczen cieszy się już wielkim wsparciem ze strony mnichów oraz zwykłych wyznawców buddyzmu tybetańskiego.
Dalajlama ignorując ustalony system z historii oraz obrzędowe przepisy religijne, zakłócając normalny proces poszukiwań, zaprzeczając bezwzględnemu autorytetowi Rządu Centralnego w sprawie wcielenia żywych buddów, sam wyznaczył za granicą „inkarnację Panczen”, czyli „Małego Panczenlamy” Genduna, co jest w pełni nielegalne i nieaktualne.
Czyny Dalajlamy nie tylko postawiły go ponownie na pozycję konfliktu z Rządem Centralnym, a także wywołały stanowczy sprzeciw w społeczności buddyjskiej i wśród wyznawców. Ale Gendun jako dziecko jest niewinien, a nawet można powiedzieć, że jest ofiarą grzechów Dalajlamy, który naruszył system uznawania wcielenia kolejnych Panczen. Obecnie Gendun, tak jak inne dzieci w Chinach, żyje w szczęściu, uczy się dobrze i rośnie zdrowo. Jego rodzina i on sam nie życzą sobie, aby ich zwyczajny tok życia został zakłócony przez obcych. Myślę, że gdybyśmy rozpatrzyli ich życzenie będąc w ich sytuacji, to by było w pełni do zrozumienia i porozumienia.
Attache Prasowy Ambasady ChRL w Polsce
Odpowiedź:
Zamieszczamy „sprostowanie” Ambasady ChRL mimo, że nie spełnia warunków postawionych przez prawo prasowe: nie dotyczy nieprawdziwej informacji i jest wielokrotnie dłuższe, niż dziesięciowyrazowe zdanie, które jakoby prostuje (prawo prasowe mówi, że sprostowanie może mieć dwukrotną objętość prostowanego fragmentu).
Zamieszczamy je dlatego, że jest dowodem na jedyną w swoim rodzaju praktykę: oto ateistyczne z definicji władze Chińskiej Republiki Ludowej na piśmie wywodzą, że mają tytuł do ustalania tradycji religijnej, i że tytułu takiego nie ma najwyższy hierarcha duchowny buddyzmu tybetańskiego – XIV Dalajlama! To mniej więcej tak, jakby prostowały wypowiedzi Jana Pawła II dotyczące wiary katolickiej.
W dodatku, uznając się za zwierzchników buddyzmu tybetańskiego, roszczą sobie prawo do wyznaczania tulku – inkarnacji mistrzów duchowych tej tradycji, chociaż wcale w reinkarnację nie wierzą. To jeszcze dziwaczniejsze, niż gdyby w 1978 r. przedstawiciel PRL w Watykanie zakwestionował wybór Karola Wojtyły na papieża, motywując to brakiem zgody polskiego rządu.
Swoje prawo do zwierzchnictwa religijnego władze Chin wywodzą z sukcesji po mongolskich i mandżurskich dynastiach. A więc po okupantach, bo dynastie te podbiły Chiny – ale nie Tybet, z którym zawarły sojusz oparty na zasadzie „kapłan-opiekun”. Tybetańscy lamowie nauczali chanów i cesarzy oraz nadawali im duchowy mandat do sprawowania władzy, zaś cesarze udzielali rządzącym w Tybecie lamom opieki politycznej, w tym zbrojnej, broniąc Tybetu przed obcymi najazdami.
Chinom, które od z górą 50 lat okupują Tybet, udało się doprowadzić do fizycznej eliminacji piątej części narodu tybetańskiego i zalać Tybet morzem chińskich osadników. Ale ciągle – mimo zburzenia większości z ponad sześciu tysięcy buddyjskich klasztorów, wygnania, więzienia i tracenia duchownych – nie udało im się zniszczyć przywiązania Tybetańczyków do religii, która pozwala im zachować poczucie tożsamości narodowej. Teraz, przypisując sobie prawo do zwierzchnictwa religijnego nad Tybetem, mają nadzieję zlikwidować ostatni przyczółek oporu Tybetańczyków.
W ramach dowodzenia praw rządu ChRL do rozpoznawania tulku (Chińczycy błędnie tłumaczą ten termin jako „żywy budda") w „sprostowaniu” przytoczono rzekome fakty. A te mają to do siebie, że można je sprawdzić. I tak, na przykład, tradycja rozpoznawania tulku powstała w XIII, a nie w XII wieku. W XIII wieku mongolski chan nadał Sakja Pandicie Kundze Gjalcenowi tytuł króla Tybetu, ale nie miało to nic wspólnego z rozpoznawaniem jakiejkolwiek inkarnacji. Co więcej, w szkole sakja, do której należał ów lama, tytuły i władzę przekazuje się w linii rodzinnej: z ojca na syna! Natomiast o włączeniu cesarzy mandżurskich w procedurę rozpoznawania tulku można mówić dopiero pod koniec XVIII wieku, kiedy to cesarz Qianlong wydał edykt, zawierający rozmaite sugestie dotyczące zreformowania administracji tybetańskiej. Jedna z nich dotyczyła losowania z urny imienia tulku przez cesarskich ambasadorów (ambanów). Propozycje te bywały później kurtuazyjnie wykorzystywane, jako symboliczne zatwierdzenie podjętej przez lamów decyzji – ale tylko wtedy, gdy Tybetowi zależało na cesarskiej ochronie przed obcą inwazją. Nigdy nie stały się „tradycją”.
Zagadkowe jest pochodzenie dat rzekomych „rozpoznań” inkarnacji Dalajlamy i Panczenlamy przez przedstawicieli cesarza. Po pierwsze obie dotyczą czasów sprzed edyktu Qianlonga (1793). Po drugie, w 1653 r., kiedy to Pekin miał jakoby „wyznaczać” jakieś inkarnacje, Dalajlama cieszył się na tyle dobrym zdrowiem, że cesarz Shunzi zaprosił go do Chin i na znak szacunku – wydarzenie bezprecedensowe – odbył czterodniową podróż, by wyjechać mu naprzeciw. Zaś ówczesnemu Panczenlamie pozostało jeszcze niemal dziesięć lat życia. Kogóż więc „rozpoznał” cesarz?
Ambasada Chin, dowodząc praw swojego rządu do wyznaczania inkarnacji, powołała się na wolę poprzedniego, X Panczenlamy. Samo w sobie jest to dosyć makabryczne, zważywszy, że był on przez 15 lat więziony i torturowany po tym, jak bezskutecznie usiłowano go zmusić do poparcia polityki Pekinu w Tybecie. Do końca też podkreślał (co zresztą przeczytać można w oficjalnej chińskiej publikacji „China Reconstructs” ze stycznia 1988r.), że „według tybetańskiej tradycji dalajlamowie i panczenlamowie muszą wzajemnie potwierdzać rozpoznanie swoich inkarnacji”. To samo powiedział publicznie na kilka dni przed nagłą śmiercią w 1989r.
I wreszcie ostatni „fakt” przytoczony w „sprostowaniu”. Według Ambasady Chin Tybetańczycy nie uznają za Panczenlamę Genduna Czokji Nimy i „wręcz czołobitnie witają” chłopca wyznaczonego do tej roli przez władze ChRL (który, oczywiście, na każdym kroku podkreśla swoją miłość do partii i „chińskiej macierzy"). Nie wątpię, że udaje się im zorganizować odpowiednie wiece poparcia, podobnie, jak np. władzom PRL udawało się organizować huczne obchody 1 Maja czy wiece potępienia dla „elementów podszywających się pod klasę robotniczą” w odpowiedzi na robotnicze protesty. Ale warto w tym miejscu przytoczyć cytat z dorocznego raportu Departamentu Stanu USA z 2000r.: „Rząd kontynuował kampanię „edukacji patriotycznej” (...). Celem kampanii, która w żaden sposób nie zmieniła poglądów i postaw Tybetańczyków, jest kontrolowanie klasztorów i oczyszczenie ich ze zwolenników Dalajlamy. Mnisi mają być „patriotyczni” i podpisać deklarację, w której odrzucają niepodległość Tybetu i Genduna Czokji Nimę, chłopca uznanego przez Dalajlamę za jedenaste wcielenie Panczenlamy (...). Z wielu raportów wynika, że mnisi, którzy odmawiali podpisania takiego dokumentu, byli wydalani z klasztorów; nie mogli też wrócić do rodzinnych domów i podjąć pracy. (...) Zdjęcia wskazanego przez Dalajlamę Genduna Czokji Nimy nadal były zakazane. Kampanie te wzbudziły ogromny opór i głęboką niechęć tak mnichów, jak świeckich buddystów. (...) Według Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, rokrocznie ucieka do Nepalu około 3.000 Tybetańczyków; ponad trzydzieści procent twierdzi, że powodem ich ucieczki była kampania „edukacji patriotycznej”.
Władzom Chin nie udało się przekonać do swojego religijnego autorytetu także milionów wyznawców buddyzmu na całym świecie: za autentyczne wcielenie Panczenlamy uznają oni chłopca wskazanego przez Dalajlamę. I nie szukają żadnych duchowych porad ani instrukcji medytacyjnych w Komitecie Centralnym KPCh.
Poza aspektem historycznym i religijnym „sprostowania” warto zauważyć jeszcze i moralny. Ambasada zadała sobie sporo trudu, aby przekonać naszych Czytelników, że porwany chłopiec nie jest nikim szczególnym. Tak, jakby do upominania się o niego nie wystarczył sam fakt, że za sprawą chińskich władz zniknął i że od jedenastu lat nie ma o nim żadnych potwierdzonych informacji. W „sprostowaniu” fakt ten kwituje się stwierdzeniem: „Gendun jako dziecko jest niewinien, a nawet można powiedzieć, że jest ofiarą grzechów Dalajlamy (...)”.
Od kiedy w grudniu zeszłego roku grupa parlamentarzystów wystosowała do Marszałka Sejmu apel, żeby upomniał się o obiecane przez władze Chin (rok temu) aktualne zdjęcie Genduna, Ambasada ChRL z determinacją walczy z groźbą takiego oficjalnego wystąpienia. W tej sprawie wysłała już czwarty list: do Marszałka Sejmu, do Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, do mnie i do „Gazety” (jako „sprostowanie"). Koncentruje się w nich na dowodzeniu swoich historycznych praw do wyznaczania inkarnacji, kompletnie nie tłumacząc się z faktu porwania i więzienia chłopca. Jest to na tyle wymowne, że pozostawiam to bez komentarza.
Wymowne jest również i to, że Ambasada, pisząc do najwyższych, bądź co bądź, władz RP i do z górą pół miliona czytelników „Gazety” nie powierzyła przełożenia swoich wystąpień wykwalifikowanemu tłumaczowi. Nie uznała za pożyteczne, żeby w listach nie było rażących błędów gramatycznych, ośmieszających autorów, utrudniających zrozumienie treści i brzmiących obraźliwie (np. w liście do Marszałka Sejmu o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla napisano: „zbiegłe teraz za granicę 14 wcielenie Dalajlamy"). Taka forma i treść listów nie jest raczej dowodem szacunku należnego adresatom.