Strona główna » Teksty » Skradzione dziecko Tybetu

Skradzione dziecko Tybetu

Ewa Siedlecka

Gendun Czokji Nima musiał zniknąć, by komunistyczne władze mogły mianować następcę 70-letniego XIV Dalajlamy, który żyje na wygnaniu w Indiach – twierdzą organizacje broniące praw Tybetańczyków. Wedle tradycji bowiem dalajlamowie i panczenlamowie rozpoznają wzajemnie swoje inkarnacje. Mając „własnego” panczenlamę, Pekin mógłby odebrać Tybetańczykom ostatnią ostoję ich narodowej tożsamości – religię.

Wyścig poszukiwań

Tuż po nagłej śmierci X Panczenlamy zdarzyła się rzecz bez precedensu: Pekin ogłosił, że poszukuje jego inkarnacji i wysłał urzędników, i mnichów lojalnych wobec reżimu. Poszukiwania rozpoczął też Dalajlama. Obie strony, kierując się tradycyjnymi procedurami, wytypowały tego samego chłopca – sześcioletniego Genduna Czokji Nimę, który urodził się wkrótce po śmierci X Panczenlamy. Chińscy oficjele mieli innych kandydatów i chcieli wskazać innego chłopca – Gjalcena Norbu, syna Komunistycznej Partii Chin.

Ale plan się załamał. Postawiony przez Chińczyków na czele poszukiwań Czadrel Rinpocze, opat klasztoru Taszilhunpo, potajemnie przekazał Dalajlamie imię Genduna Czokji Nimy. Dalajlama, uprzedzając Chińczyków, ogłosił go XI Panczenlamą.

Lojalne wcielenie

Władze Chin uznały tę decyzję za „nielegalną, nieważną i niezgodną z tradycją”. Czadrela Rinpocze skazano na sześć lat więzienia za „spiskowanie w celu podzielenia macierzy” i „ujawnianie tajemnicy państwowej”. Zamknięto klasztor Taszilhunpo, mnichów zmuszono do uznania za XI Panczenlamę Gjalcena Norbu. Zatwierdziła go jako „właściwą” inkarnację rada państwa w Pekinie.

Od tego czasu chłopiec jest pokazywany na oficjalnych ceremoniach, deklaruje lojalność wobec Chin, potępia „dalaja” (tak władze nazywają Dalajlamę) i tybetański „separatyzm”. Poza tym nikt do chłopca nie ma dostępu.

Czy jeszcze żyje?

Małego Panczenlamy ani jego rodziców nie widziano od jedenastu lat [od czasu wywiezienia do Pekinu (1996)]. Pekin najpierw twierdził, że nie ma z ich zniknięciem nic wspólnego. Po roku przyznał, że „zaopiekował” się Gendunem na prośbę rodziców, bo groziło mu porwanie przez „separatystów”.

W 1999 r. pojawiła się w Tybecie informacja, że zmarł w więzieniu, a jego ciało spalono. Władze zaprzeczyły, ale nie przedstawiły dowodów, że chłopiec żyje. W październiku 2000r. chińska delegacja pokazała brytyjskim dyplomatom dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało chłopca piszącego na tablicy, drugie – grającego w ping-ponga.

Jedyna autentyczna fotografia Panczenlamy, zrobiona tuż przed jego zniknięciem, jest w Tybecie przedmiotem kultu. Za jej posiadanie Tybetańczycy trafiają do więzień lub obozów pracy. Władze rozpowszechniają natomiast portrety Gjalcena Norbu. W klasztorach mnichów i mniszki nakłania się do podpisywania deklaracji uznania go za XI Panczenlamę. Szykanuje się tych, którzy odmawiają.

Nadzieja

Poprzednik Genduna, X Panczenlama, także zniknął bez wieści – w 1964 r., gdy na reżimowym wiecu miał poprzeć politykę Chin w Tybecie, ale zamiast tego zawołał: „Wierzę że Tybet odzyska wolność. Niech żyje Dalajlama!”. Miał 27 lat.

Po wielu latach okazało się, że siedział w pojedynczej celi najcięższego więzienia, był torturowany i usiłował popełnić samobójstwo. W 1979 r. „odzyskał wolność” ale kolejne cztery lata spędził w areszcie domowym. Zmarł w 1989 r., mając 50 lat. W przeddzień, jakby przeczuwając śmierć, przypomniał, że jedynym, kto może rozpoznać jego inkarnację, jest Dalajlama.

Artykuł Ewy Siedleckiej na podstawie materiałów Polskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Tybetu ukazał się w Gazecie Wyborczej 25 kwietnia 2002 r., w rocznicę trzynastych urodzin Panczenlamy.